27 sierpnia 1926 roku z warszawskiego Pola Mokotowskiego wystartował Bréguet XIX z por. Bolesławem Orlińskim na pokładzie. Dziewięć dni później samolot wylądował w Tokio. O człowieku, który symbolicznie otworzył polskim skrzydłom drogę do Japonii, Krzysztof Moczulski rozmawiał z kpt. Stanisławem Błasiakiem, emerytowanym pilotem LOT-u.
Krzysztof Moczulski, rzecznik PLL LOT: Miał Pan szczęście poznać por. Bolesława Orlińskiego i zobaczyć w nim nie tylko wybitnego lotnika, lecz także żołnierza, patriotę i człowieka niezwykłej konsekwencji. Wasze spotkanie odbyło się zaledwie kilkanaście dni przed jego śmiercią. Jak go Pan zapamiętał?Kapitan Stanisław Błasiak, emerytowany pilot PLL LOT: Był 13 lutego 1992 r. Odwiedziłem go w Mississaudze pod Toronto, w Domu Spokojnej Starości Wawel Villa. Wcześniej kontaktowaliśmy się listownie i telefonicznie, dzięki pomocy jego siostry, Amelii Orlińskiej-Kudrewicz, którą z kolei poznałem na wrocławskim lotnisku Gądów Mały 25 maja 1966 r. Miałem wówczas przyjemność wykonania z nią godzinnego lotu szybowcem nad miastem.
Na to jedyne spotkanie z panem Bolesławem przywiozłem życzenia od generała Stanisława Skalskiego oraz prezenty od siostry Amelii i jej córki Zofii. Porucznik miał prawie 93 lata, był schorowany i poruszał się głównie na wózku.
A jednak czuło się jego gigantyczną godność, nieskończoną szlachetność i wewnętrzną siłę. Mówił spokojnie i precyzyjnie – jak pilot, który wie, że każda myśl powinna mieć znaczenie. Jednak kiedy wracał pamięcią do latania, natychmiast odzyskiwał energię.
Opowiadał przepięknie, głównie o swoim lataniu bojowym podczas wojny i związanymi z nim dramatami. Spędziliśmy trzy godziny w towarzystwie Mariana Fijała, prezesa Skrzydła Warszawa w Toronto opiekującego się panem Bolesławem, i mojego przyjaciela, pilota doświadczalnego Zdzisława Byloka, z którym przyjechałem do Wawel Villi.
Nagrałem niemal godzinny film i równocześnie robiłem zdjęcia. Wtedy nie wiedzieliśmy, że mogą to być ostatnie takie fotografie. Piętnaście dni później Bolesław Orliński zmarł.
Skąd brały się ta siła charakteru, odwaga i poczucie służby, które dostrzegł Pan podczas tamtej rozmowy?Był pilotem wojskowym, komunikacyjnym, sportowym i doświadczalnym, ale przede wszystkim człowiekiem służby. Urodził się w 1899 r. na Podolu, w rodzinie o silnych tradycjach patriotycznych.
Jako poddany carski wstąpił 15 maja 1916 r. ochotniczo do armii rosyjskiej, później walczył w I Korpusie Polskim utworzonym w Mińsku w sierpniu 1917 r. i znowu jako ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej od roku 1919 do sierpnia 1920.
O lataniu marzył od roku 1909, gdy do Kamieńca Podolskiego zawitał rosyjski pilot Sergiusz Utoczkin, demonstrujący swoimi lotami na samolocie Farman 4 podziw i zachwyt publiczności, w tym małego Bolka, który zapalił się do latania. Mógł je podjąć dopiero po dziesięciu latach w Bydgoszczy, po wspomnianych wyżej wojnach.
Został instruktorem, również akrobacji; podczas jednego z zakładów wykonał 242 pętle w jednym locie, jedna po drugiej. Jako pilot doświadczalny oblatywał prototypy polskich samolotów – na 23 z nich wykonał pierwszy lot.
Podczas II wojny światowej ponownie zgłosił się do służby, dowodził 305 Dywizjonem Bombowymi wykonał 49 lotów bojowych. Łączył odwagę z dyscypliną, fantazję z przygotowaniem.
Nie był tylko bohaterem jednego rajdu. Współtworzył etos polskiego lotnictwa, stając się wzorem dla młodzieży spragnionej szkolenia lotniczego. Wyróżniał się wyjątkowym kunsztem pilotażu.
Te doświadczenia prowadziły Orlińskiego ku największemu wyzwaniu w jego dotychczasowym życiu. Jak rozpoczęła się wyprawa do Tokio?Lot zaproponował ówczesny pułkownik pilot inż. Ludomił Rayski, szef Departamentu Lotnictwa. Orliński i Kubiak wystartowali z Pola Mokotowskiego 27 sierpnia 1926 r. o szóstej rano. Lecieli seryjnym Bréguetem XIX z odkrytymi kabinami.
Nie mieli radiostacji, instalacji tlenowej, nowoczesnych przyrządów do lotu bez widoczności ani spadochronów. Mieli za to mapy, kompas, własne umiejętności i świadomość, że nad znaczną częścią trasy istnieje tylko niezmierzona i niezamieszkana przestrzeń.
Pierwszego dnia dotarli przez Moskwę do Kazania. Pogoda gwałtownie się załamała, zapadła noc, a lotnisko odnaleźli dzięki trzem wielkim ogniskom rozpalonym przez obsługę.
Dalej lecieli nad bezkresem Rosji i Syberii, przez Mandżurię, Chiny i Koreę. Po dziewięciu dniach i tyluż lotach, 5 września, wylądowali w Tokio, gdzie zostali przyjęci jak bohaterowie. Cesarskie Towarzystwo Lotnicze uhonorowało ich złotymi medalami, załoga otrzymała Ordery Wschodzącego Słońca. Szczególne znaczenie miał ich przelot z Seulu do Tokio bez międzylądowania – pierwszy taki w historii.
Sam przelot do Japonii był ogromnym osiągnięciem, ale prawdziwa próba czekała lotników w drodze powrotnej. Co wydarzyło się po opuszczeniu Tokio?Droga powrotna okazała się jeszcze trudniejsza. Nad Morzem Japońskim walczyli z burzą, chmurami i silną turbulencją. Awaria instalacji olejowej zmusiła ich do lądowania setki kilometrów przed planowanym lotniskiem.
Później, już na ziemi, gwałtowny podmuch uszkodził śmigło i dolny płat zakotwiczonego samolotu. Do Warszawy pozostawało ok. 6700 km.
Mogli wracać koleją, lecz Kubiak naprawił śmigło klejem i drutem, lotnicy skrócili uszkodzony dolny płat, a z przeciwległego dolnego płata zdarli część pokrycia, żeby możliwie wyrównać aerodynamikę maszyny. W takim stanie kontynuowali podróż.
25 września wylądowali na Polu Mokotowskim, po wykonaniu z Tokio 12 lotów, witani owacyjnie przez tłumy. Pokonali 22 600 km, spędzając w powietrzu dokładnie 121 godzin i 16 minut.
Samolot wrócił z uszkodzonym skrzydłem, pękniętym śmigłem i skrajnie zużytym silnikiem. Po oględzinach oceniano, że maszyna mogła nie wytrzymać nawet kolejnych kilkudziesięciu minut dalszego lotu. Tak cienka granica dzieliła wielki sukces od porażki.
Orliński i Kubiak wrócili do Warszawy mimo uszkodzeń, które niemal uniemożliwiały dalszy lot. Dlaczego ich wyczyn odbił się tak szerokim echem na świecie?Polska była państwem niepodległym od niespełna ośmiu lat. Potrzebowała symboli pokazujących, że potrafi nie tylko odbudowywać kraj, lecz także uczestniczyć w światowym wyścigu technicznym i cywilizacyjnym.
Rajd miał wymiar sportowy, techniczny, dyplomatyczny i wizerunkowy. Świat zobaczył polskiego pilota i polskiego mechanika, którzy na seryjnej maszynie dokonali rzeczy uznawanej wcześniej za niemal niemożliwą.
Japonia przyjęła ich z najwyższymi honorami, a o locie pisała szeroko prasa międzynarodowa. Wydarzyło się to niemal rok przed samotnym przelotem Charlesa Lindbergha przez Atlantyk. Dla młodych Polaków Orliński stał się dowodem, że granice można przesuwać wiedzą, pracą i odwagą. Generał Skalski mówił później, że tacy piloci byli dla jego pokolenia busolą.
Od tamtej wyprawy minęło sto lat. Jak bardzo zmieniła się podróż między Warszawą a Tokio – i co mimo wszystko pozostało takie samo?Wtedy dotarcie do Tokio zajęło dziewięć dni, a cała wyprawa trwała niemal miesiąc. Dzisiaj rejs Dreamlinerem z Warszawy do Tokio trwa rozkładowo ok. 12 godzin i 40 minut. Pasażerowie podróżują w wygodnej, hermetyzowanej kabinie, a załoga korzysta z zaawansowanej nawigacji i systemów zabezpieczających operację.
Technologicznie są to dwa różne światy, ale sens pozostaje podobny: lotnictwo skraca dystans między ludźmi, kulturami i kontynentami. 13 stycznia 2016 r. LOT uruchomił regularne, bezpośrednie połączenie Warszawa–Tokio. To, co dla Orlińskiego i Kubiaka było wyprawą na granicy ludzkich i technicznych możliwości, stało się bezpieczną, regularną podróżą – pięknym dopełnieniem ich dzieła.
Z jednej strony postać pomnikowa, z drugiej to człowiek z krwi i kości. Co z charakteru Bolesława Orlińskiego warto zachować dzisiaj?Odwagę, ale nie brawurę. Upór połączony z wiedzą i odpowiedzialnością. Orliński podejmował ryzyko, bo był świetnie przygotowany i ufał ludziom, z którymi pracował. Nie budował własnej legendy – po prostu wykonywał powierzone zadania najlepiej, jak potrafił. Tak rozumiał służbę i patriotyzm. I tego wciąż możemy się od niego uczyć.
Wspominając ten rajd po 50 latach, podzielił się taką refleksją: „Myślę, że duch od lat chłopięcych wyśnionego zrywu, wiara w ważność powierzonego zadania i poczucie obowiązku, które łączy się w jedno, rodząc w człowieku optimum, które nazywamy determinacją – zdolne są pokonać dużo, zdawałoby się niemożliwych do pokonania przeszkód fizycznych. Są one czasem silniejsze od lęku przed Wielką Niewiadomą – śmiercią”.
Wyczyn Bolesława Orlińskiego w liczbach:
8 międzylądowań – tyle odcinków zajęło dotarcie z Warszawy do Tokio
121 godzin i 16 minut – łączny czas spędzony w powietrzu
22 600 km – łączny dystans pokonany podczas rajdu
9 dni – tyle zajęła podróż z Warszawy do Tokio
21 etapów podróży – tyle odcinków liczyła wyprawa tam i z powrotem.